piątek, 30 marca 2018

145. Trudny okres - sepsa.

Witajcie,
ten wpis nie będzie pozytywny. Po tygodniu życia w silnym stresie, potrzebuję to wszystko z siebie wyrzucić. Niech też ten wpis będzie przestrogą.

Moja mama znajduje się w szpitalu, na OIOMie, w ciężkim stanie. Jednak zacznijmy od początku...

Mamy teraz straszne zmiany pogodowe. W regionie, gdzie mieszkamy - jednego dnia potrafi świecić słońce, być ciepło i przyjemnie... następnego dnia skrobiesz śnieg z auta...

Pierwsza była córka. Kaszel, suchy okropny kaszel... następnie gorączka 38 stopni. Dostała leki na zbicie i cóż - minęło. Muszę też przyznać, że ma bardzo silny organizm. Od urodzenia praktycznie nie choruje, przechodzi ewentualnie tzw. 3-dniówki.

Dzień później ja. Również najpierw wystąpił okropny suchy kaszel. Ja przeszłam to już średnio. Pół dnia męki z kaszlem i również pojawiła się gorączka. Standardowo - syrop na kaszel, coś na zbicie. Gorączka trzymała mnie 2 dni, kaszel znacznie dłużej. Zmiana syropu dopiero sobie z nim poradziła.

W trzeciej kolejności padło na mamę. Dostała gorączki 38 stopni, również kaszlała. Różnica jest taka, że leki na zbicie w ogóle nie przynosiły rezultatu. Po ok 3 dniach, mama poprosiła mnie, abym zawiozła ją na tzw. nocną opiekę medyczną. Była sobota, po godzinie 18:00. Pojechałyśmy. Diagnoza? Klasyczna grypa. Zalecenia? Na gorączkę Apap, na kaszel Flegamina. Minęły dwa dni, bez żadnej poprawy. We wtorek miałam popołudniową zmianę. Po 20:00 otrzymałam telefon, że jest u nas w domu pogotowie, mama ma prawie 40 stopni gorączki i lekarz stwierdził ZAPALENIE PŁUC. Przepisali antybiotyk, który wykupić miałam po pracy. Według nich, nie było wskazań do hospitalizacji. Antybiotyk jej wykupiłam, wzięła na noc pierwszą dawkę. Kolejnego dnia pracowałam na pierwszej zmianie. Po powrocie do domu, zastałam mamę leżącą na podłodze, półprzytomną. Wezwałam ponownie pogotowie. Okazało się, że chciała wstać do toalety, upadła i nie była w stanie wstać. Stwierdzono niewydolność oddechową i zabrano moją mamę na SOR.

Na drugi dzień pojechałam tam, wpuszczono mnie na chwilę. Była na sali obserwacyjnej, pod tlenem. Nie była w stanie wziąć kubka z wodą. Ciężko oddychająca, drżąca... Widok był ciężki. Prowadzono ciągle diagnostykę. Coś wychodziło nie tak z nerkami. Oczekiwano konsultacji nefrologa. Nefrolog sugerował oddział chorób wewnętrznych. Oczekiwanie na internistę... Mama wyglądała bardzo źle... a oni kupę czasu zastanawiali się, na jaki oddział powinna trafić.

Będąc tego dnia na popołudniowej zmianie, zadzwoniłam na SOR po raz ęty... zapytać, czy zapadła w końcu jakaś decyzja. Usłyszałam, że nie przebywa już u nich i zaraz mi powie, na jaki oddział została przewieziona. Odetchnęłam, że podjęto w końcu jakąś decyzję i podleczą ją na którymś z oddziałów. Nie spodziewałam się kompletnie tego, co po chwili usłyszałam.
"Pani mama została przewieziona na OIOM". Zamarłam. Jak to? Dlaczego? Co się stało? - Babka nie mogła mi nic więcej powiedzieć. Wspomniała jedynie, że miało to związek z niewydolnością oddechową. Informacja tylko osobiście. Przerażona oczekiwałam następnego dnia. Na Oddział Intensywnej Terapii można wejść tylko w godz. 13-14 lub 17-18. Okazało się też, że w całym szpitalu wprowadzono ograniczenie wizyt, ze względu na zwiększoną zachorowalność na grypopodobne choroby. 
Mimo, że wstrzymano wizyty w godz 17-18, pojechałam po pracy. Wpuszczono mnie bez żadnych problemów. Widok był przerażający. Nieprzytomna, podłączona do mnóstwa aparatur. Z początku przeraziłam się, że przetaczają krew - nie wiedziałam czym jest jedna z największych maszyn.
Przyszła do mnie pani Doktor. To, co usłyszałam, to był jakiś amok. Stan mamy bardzo krytyczny - zatrzymały się płuca, zatrzymały się nerki, problemy z sercem. Nie mogą znaleźć źródła zakażenia, posiewy nic nie wykazują. Rokowania fatalne. Ta duża maszyna, która tak mnie przeraziła - służyła do dializy. Koszmarny widok. Wyszłam z oddziału i doznałam szoku, siedziałam 30 min w aucie, nie mogąc złapać tchu i płacząc... Byłam sama. Mój partner wyjechał za granicę miesiąc wcześniej do pracy. Zostałam sama z córką. Przerażona.
Dopiero przy kolejnej wizycie byłam w stanie zadać jakieś pytania. Mama ma SEPSĘ. Tak się określa ostrą reakcję organizmu na zakażenie. Wiem, że mama trafiła na OIOM, prawie się dusząc.
Przez kilka dni słyszałam, że nie ma żadnych zmian.
W czwartek przyjechał mój M. i póki co zostaje w kraju. Ten tydzień mnie wykończył - psychicznie, fizycznie. Praca, dom, przedszkole, szpital, proszenie osób 3-cich o pomoc w opiece nad małą, kiedy jestem na 2 zmianie. Idąc do szpitala, czekając na wejście, miałam takie zawroty głowy ze stresu, że poważnie walczyłam sama ze sobą, czy dam radę tam wejść...
Wczoraj pierwszy raz pojechał ze mną M., pierwszy raz usłyszałam, że nie jest gorzej. Wyniki z krwi się poprawiają, gorzej niestety z narządami. Obraz płuc się nie poprawia, nerki nie chcą pracować. Liczą oczywiście, że wrócą do samodzielności. Martwi ich też wątroba, która jest powiązana z pracą nerek. Niestety moja mama piła przez ostatni rok dzień w dzień... myślę, że to też ma wpływ na to wszystko. Żyję w niepewności. Lekarze boją się też zakażenia bakterią szpitalną - te są tak zmutowane, że nie reagują na żadne antybiotyki. Boję się tego, co będzie dalej... Jeśli uda jej się z tego wyjść, co dalej? Czekają nas bardzo smutne święta...

To wszystko sprawia, że zaczynam mieć obsesję na punkcie zdrowia, łykam pełno suplementów - głównie witaminy C. Boję się każdego, kto kaszle... Oczytałam się mnóstwa artykułów medycznych o SEPSIE, mnóstwa historii opisywanych przez ludzi....
Nie sądziłam, że zwykłe sezonowe przeziębienie, może nieść po cichu za sobą tak okropne konsekwencje. Kochani, NIE IGNORUJCIE ZŁEGO SAMOPOCZUCIA, NIE IGNORUJCIE PRZEDŁUŻAJĄCEJ SIĘ GORĄCZKI, NIE IGNORUJCIE PRZEDŁUŻAJĄCEGO SIĘ KASZLU! 
Uważajcie też na lekarzy - mam na myśli tych pierwszego kontaktu. Nie uwierzę, że podczas sobotniej wizyty lekarz mamy nie osłuchał... że nic tam nie usłyszał! Gdyby w sobotę stwierdzono zapalenie, gdyby dostała wcześniej antybiotyk... nie sądzę, że skończyłoby się tak dramatycznie...

Trzymajcie się,
w zdrowiu...

poniedziałek, 22 stycznia 2018

144.

Witajcie.
No, w tempie - jeden post na pół roku, to ja szczytów blogowych nie osiągnę ;) Chociaż nie taki mam zamiar... Piszę dla siebie, ale czy aby na pewno? Ciągle waham się czy jest sens trzymać tego bloga dalej w sieci. Przez te kilka lat, zaszło wiele zmian. Blog miał być osobisty, blog miał być o macierzyństwie, były epizody z testami produktów, tematyka DDA... I tak właściwie wszystko się pomieszało. Bloga macierzyńskiego prowadzić nie chcę. Na test produktów czasem mam chęć. Zostają mi dwa słowa 'osobisty' & 'dda'. Szczególnie to ostatnie... To cholerstwo nie daje mi normalnie funkcjonować, ale czy chcę się dzielić tymi przeżyciami? Czasem myślę sobie, że chciałabym poczytać o kimś, kto ma tak samo, kto czuje się podobnie. Może wtedy czułabym się mniej 'inna'. Dorastanie w cieniu alkoholizmu jednego z rodziców, naprawdę odbija piętno na życiu. Muszę dobrze się zastanowić czy potrzebuję otworzyć w taki sposób swoją duszę?  

poniedziałek, 12 czerwca 2017

143. Rok później...

Nie sądziłam, że tu napiszę jeszcze... Właściwie nie wiem, czy jeszcze nadaję się na blogowanie. Przeczytałam sobie z zaciekawieniem swój ostatni wpis. Ponad rok temu. Wow! Zdecydowanie przyjemniej ocenia się coś z perspektywy czasu.
Owszem potwierdzę - cierpiałam długo. Wybitnie długo. Kwiecień, to było jeszcze epicentrum. Cierpiałam później jeszcze maj, czerwiec, lipiec, sierpień...
K. na odchodne powiedział mi, że nie ruszam z miejsca. Przypomnę, że byłam wtedy na etapie szukania lepszej pracy - przecież zrobiłam prawko również z myślą o tym. Poprzednia praca przynosiła mi grosze. Byłam nierozwojowa dla niego. Dałam ogłoszenie o poszukiwaniu roboty, miałam kilka propozycji, ale nie odpowiadały mi - co oczywiście było poddane krytyce, że nawet nie próbuję. Wiecie, co się stało w czerwcu? Odezwał się pracodawca - bardzo krótko - proszę o kontakt. Cóż... skontaktowałam się. Branża rolnicza. Nie miałam pojęcia nic a nic... a pracę dostałam. Kupiłam auto - starego szrota na dojazdy i zaczęłam ciekawą przygodę. Przeszłam okres próbny, zostałam na stałe. W sezonie przekonałam się, że jestem w stanie dać z siebie 100%. Pracowałam od 7 do późnej nocy. Szczytem mojej satysfakcji był dzień, w którym na terenie firmy trafiłam na K. Wyjątkowo nasze drogi zawodowo się lekko skrzyżowały. Mina człowieka była bezcenna.
Popracowałam kilka miesięcy, zmieniłam auto na lepsze. Później spotkałam jeszcze raz K. Wpadliśmy na siebie na mieście. Zaproponował kawę. Minęło wtedy już dużo czasu, nabrałam dystansu, rany się zabliźniały. Usiedliśmy i pogadaliśmy. Zwykła rozmowa na zasadzie "co u Ciebie słychać". To była kolejna dawka wzmocnienia dla mnie. Ja - nierozwojowa - cały czas wtedy brnęłam do przodu - miałam dobrą, satysfakcjonującą pracę, stać mnie było utrzymać całkiem fajne auto, rozwijałam się a on? Stał w miejscu. Żadnego ze swoich planów, o których wspominał jeszcze w trakcie naszego związku nie zrealizował. Byłam górą. Kawę wypiłam, pojechałam do domu.
Teraz mogłabym rzec, że mój blog ma swój finał - bo hasłem przewodnim przecież jest - co Cię nie zabije, to wzmocni. W moim przypadku sprawdziło się perfekcyjnie.

Fakt faktem, moja sytuacja się obecnie zmieniła. Znów przechodzę gruntowne życiowe zmiany, ale myślę, że ta historia powyżej  jest dość ciekawa i pouczająca - że można z wielkiego bólu i dołka, wyjść na lepsze.

Pracując dalej udało mi się jeszcze raz zmienić auto, na jeszcze lepsze, większe, wygodniejsze, mocniejsze... i teraz mam problem, bo od kilkunastu dni nie jestem już pracownikiem wyżej wspomnianej firmy hehe... ale spokojnie, znajdzie się coś innego.

Cóż, poznałam ciemniejsze strony swojej pracy i przestała mi ona odpowiadać. Mam swoje granice i na pewne rzeczy nie można się w życiu godzić. Jeśli nazwać utratę pracy porażką, to napiszę tak - każdą porażkę powinno się przekuć w sukces. Ta praca dała mi doświadczenie - bardzo szerokie. Dzięki niej, mogę szukać teraz bardziej konkretnej roboty. Nie panikuję. Dam radę i mam nadzieję - zachowam moją perełkę, na którą zapracowałam.

Związek też mam. Nawet taki poważniejszy - bo mieszkamy razem. Ciężko było mi się "zaangażować", oj ciężko... ale to już temat na osobną historię. Wiem tylko jedno - co z resztą powiedziałam głośno - jak mnie wystawi, dostanie w łeb ;)


wtorek, 12 kwietnia 2016

142. Czas się zmierzyć z demonami.

Długo zbierałam się do napisania tego postu... 
Było mi chyba najzwyczajniej wstyd. Zaczęłam pisać 'papierowy' dziennik, by znaleźć gdzieś ujście swoim emocjom. To wszystko stało się tak szybko. Ledwo w Nowym Roku napisałam taką szczęśliwą notkę - podsumowanie a zaledwie kilkanaście dni później wszystko runęło niczym wieże WTC. Nagle, niespodziewanie... nie wiadomo dlaczego.

19 stycznia K, zakończył nasz związek - z dnia na dzień. Od tak. Po prostu. "Coś pstryknęło, stało się" - powiedział. Dwa dni wcześniej bawiliśmy się wspólnie na urodzinach mojej przyjaciółki - wszystko było normalnie, fajnie, miło... Najgorsze w tym wszystkim było to, że człowiek się tego zupełnie nie spodziewał. Często jest tak, że ludziom najpierw się nie układa - mają problemy, kłócą się, nie dogadują... albo podejmują walkę o siebie albo się rozstają. A tu? Dałabym sobie za człowieka rękę uciąć... i zostałabym bez. Nie rozumiem tego, co się stało i już chyba nawet nie próbuję. Spotkało mnie drugi raz to samo. Jak ja mam uwierzyć w trwałość jakichkolwiek uczuć?

Na ironię losu - żeby było ciekawiej, zabawniej (chociaż nie wiem dla kogo) - nagle pojawił się w moim życiu Mr.B - ku przypomnieniu:

Odezwał się do mnie w marcu - wysyłając życzenia na dzień kobiet a dwa dni później zagadując dość oryginalnie - co u mnie słychać. Chciał się spotkać pogadać, więc umówiliśmy się na kolację.
To, co usłyszałam podczas tej kolacji, mało mnie nie zwaliło z nóg - gdyż kompletnie się tego nie spodziewałam. No nie po nim.

Okazało się, że doszedł do takich oto wniosków:
- iż nasze rozstanie było błędem
- nie mógł o mnie zapomnieć
- coś go do mnie ciągnie i mogę to nazywać, jak chcę
- że po prostu wystraszył się kolejnego etapu i uciekł
- teraz wie, że jego życie kawalerskie nie ma sensu i dojrzał do decyzji o wspólnym życiu
- uważa, że warto spróbować jeszcze raz

Byłam totalnie zaskoczona. Raczej myślałam, że to będzie czysto towarzyskie spotkanie - w stylu "co u Ciebie, jak żyjesz". Byłam na tyle zdziwiona, że nic nie byłam w stanie z siebie wykrzesać. Ciągle myślałam o K.... i nadal myślę. Niestety.

Widuję się z B, ale na zasadzie 'badania gruntu' - właściwie siebie - tak siebie teraz nie znam, że innego sposobu nie znajduję. Widuję się i sprawdzam, jak ja się z tym czuje - czy jest we mnie coś, co można wskrzesić. Póki co nie znajduję tego. Po takim czasie nie mam do człowieka żalu - nawet go lubię. Lubię z nim pogadać, ale na związek chyba nie jestem gotowa.

Nigdy tyle czasu się po kimś nie zbierałam...
Ciągle cierpię. K proponował przyjaźń, był w tym tak bardzo autentyczny - niestety czas go zweryfikował i okazało się, że mamy inne podejście do takich relacji. Zawiódł mnie na całej linii, zachowując się bardzo nieładnie.

K pomógł mi zapomnieć o B - ale w drugą stronę chyba to nie działa :(