poniedziałek, 12 czerwca 2017

143. Rok później...

Nie sądziłam, że tu napiszę jeszcze... Właściwie nie wiem, czy jeszcze nadaję się na blogowanie. Przeczytałam sobie z zaciekawieniem swój ostatni wpis. Ponad rok temu. Wow! Zdecydowanie przyjemniej ocenia się coś z perspektywy czasu.
Owszem potwierdzę - cierpiałam długo. Wybitnie długo. Kwiecień, to było jeszcze epicentrum. Cierpiałam później jeszcze maj, czerwiec, lipiec, sierpień...
K. na odchodne powiedział mi, że nie ruszam z miejsca. Przypomnę, że byłam wtedy na etapie szukania lepszej pracy - przecież zrobiłam prawko również z myślą o tym. Poprzednia praca przynosiła mi grosze. Byłam nierozwojowa dla niego. Dałam ogłoszenie o poszukiwaniu roboty, miałam kilka propozycji, ale nie odpowiadały mi - co oczywiście było poddane krytyce, że nawet nie próbuję. Wiecie, co się stało w czerwcu? Odezwał się pracodawca - bardzo krótko - proszę o kontakt. Cóż... skontaktowałam się. Branża rolnicza. Nie miałam pojęcia nic a nic... a pracę dostałam. Kupiłam auto - starego szrota na dojazdy i zaczęłam ciekawą przygodę. Przeszłam okres próbny, zostałam na stałe. W sezonie przekonałam się, że jestem w stanie dać z siebie 100%. Pracowałam od 7 do późnej nocy. Szczytem mojej satysfakcji był dzień, w którym na terenie firmy trafiłam na K. Wyjątkowo nasze drogi zawodowo się lekko skrzyżowały. Mina człowieka była bezcenna.
Popracowałam kilka miesięcy, zmieniłam auto na lepsze. Później spotkałam jeszcze raz K. Wpadliśmy na siebie na mieście. Zaproponował kawę. Minęło wtedy już dużo czasu, nabrałam dystansu, rany się zabliźniały. Usiedliśmy i pogadaliśmy. Zwykła rozmowa na zasadzie "co u Ciebie słychać". To była kolejna dawka wzmocnienia dla mnie. Ja - nierozwojowa - cały czas wtedy brnęłam do przodu - miałam dobrą, satysfakcjonującą pracę, stać mnie było utrzymać całkiem fajne auto, rozwijałam się a on? Stał w miejscu. Żadnego ze swoich planów, o których wspominał jeszcze w trakcie naszego związku nie zrealizował. Byłam górą. Kawę wypiłam, pojechałam do domu.
Teraz mogłabym rzec, że mój blog ma swój finał - bo hasłem przewodnim przecież jest - co Cię nie zabije, to wzmocni. W moim przypadku sprawdziło się perfekcyjnie.

Fakt faktem, moja sytuacja się obecnie zmieniła. Znów przechodzę gruntowne życiowe zmiany, ale myślę, że ta historia powyżej  jest dość ciekawa i pouczająca - że można z wielkiego bólu i dołka, wyjść na lepsze.

Pracując dalej udało mi się jeszcze raz zmienić auto, na jeszcze lepsze, większe, wygodniejsze, mocniejsze... i teraz mam problem, bo od kilkunastu dni nie jestem już pracownikiem wyżej wspomnianej firmy hehe... ale spokojnie, znajdzie się coś innego.

Cóż, poznałam ciemniejsze strony swojej pracy i przestała mi ona odpowiadać. Mam swoje granice i na pewne rzeczy nie można się w życiu godzić. Jeśli nazwać utratę pracy porażką, to napiszę tak - każdą porażkę powinno się przekuć w sukces. Ta praca dała mi doświadczenie - bardzo szerokie. Dzięki niej, mogę szukać teraz bardziej konkretnej roboty. Nie panikuję. Dam radę i mam nadzieję - zachowam moją perełkę, na którą zapracowałam.

Związek też mam. Nawet taki poważniejszy - bo mieszkamy razem. Ciężko było mi się "zaangażować", oj ciężko... ale to już temat na osobną historię. Wiem tylko jedno - co z resztą powiedziałam głośno - jak mnie wystawi, dostanie w łeb ;)


wtorek, 12 kwietnia 2016

142. Czas się zmierzyć z demonami.

Długo zbierałam się do napisania tego postu... 
Było mi chyba najzwyczajniej wstyd. Zaczęłam pisać 'papierowy' dziennik, by znaleźć gdzieś ujście swoim emocjom. To wszystko stało się tak szybko. Ledwo w Nowym Roku napisałam taką szczęśliwą notkę - podsumowanie a zaledwie kilkanaście dni później wszystko runęło niczym wieże WTC. Nagle, niespodziewanie... nie wiadomo dlaczego.

19 stycznia K, zakończył nasz związek - z dnia na dzień. Od tak. Po prostu. "Coś pstryknęło, stało się" - powiedział. Dwa dni wcześniej bawiliśmy się wspólnie na urodzinach mojej przyjaciółki - wszystko było normalnie, fajnie, miło... Najgorsze w tym wszystkim było to, że człowiek się tego zupełnie nie spodziewał. Często jest tak, że ludziom najpierw się nie układa - mają problemy, kłócą się, nie dogadują... albo podejmują walkę o siebie albo się rozstają. A tu? Dałabym sobie za człowieka rękę uciąć... i zostałabym bez. Nie rozumiem tego, co się stało i już chyba nawet nie próbuję. Spotkało mnie drugi raz to samo. Jak ja mam uwierzyć w trwałość jakichkolwiek uczuć?

Na ironię losu - żeby było ciekawiej, zabawniej (chociaż nie wiem dla kogo) - nagle pojawił się w moim życiu Mr.B - ku przypomnieniu:

Odezwał się do mnie w marcu - wysyłając życzenia na dzień kobiet a dwa dni później zagadując dość oryginalnie - co u mnie słychać. Chciał się spotkać pogadać, więc umówiliśmy się na kolację.
To, co usłyszałam podczas tej kolacji, mało mnie nie zwaliło z nóg - gdyż kompletnie się tego nie spodziewałam. No nie po nim.

Okazało się, że doszedł do takich oto wniosków:
- iż nasze rozstanie było błędem
- nie mógł o mnie zapomnieć
- coś go do mnie ciągnie i mogę to nazywać, jak chcę
- że po prostu wystraszył się kolejnego etapu i uciekł
- teraz wie, że jego życie kawalerskie nie ma sensu i dojrzał do decyzji o wspólnym życiu
- uważa, że warto spróbować jeszcze raz

Byłam totalnie zaskoczona. Raczej myślałam, że to będzie czysto towarzyskie spotkanie - w stylu "co u Ciebie, jak żyjesz". Byłam na tyle zdziwiona, że nic nie byłam w stanie z siebie wykrzesać. Ciągle myślałam o K.... i nadal myślę. Niestety.

Widuję się z B, ale na zasadzie 'badania gruntu' - właściwie siebie - tak siebie teraz nie znam, że innego sposobu nie znajduję. Widuję się i sprawdzam, jak ja się z tym czuje - czy jest we mnie coś, co można wskrzesić. Póki co nie znajduję tego. Po takim czasie nie mam do człowieka żalu - nawet go lubię. Lubię z nim pogadać, ale na związek chyba nie jestem gotowa.

Nigdy tyle czasu się po kimś nie zbierałam...
Ciągle cierpię. K proponował przyjaźń, był w tym tak bardzo autentyczny - niestety czas go zweryfikował i okazało się, że mamy inne podejście do takich relacji. Zawiódł mnie na całej linii, zachowując się bardzo nieładnie.

K pomógł mi zapomnieć o B - ale w drugą stronę chyba to nie działa :(

poniedziałek, 22 lutego 2016

141.

Witajcie.

Chciałabym pisać, ale niestety zapowiada się na dłużą pauzę.
Za poprzednią notkę mam ochotę sobie przywalić kijem w głowę.
Niestety moje życie wywróciło się do góry nogami, także chwilowo nie mam ochoty dzielić się czymkolwiek. Chciałabym dzielić się szczęściem, ale w tej chwili jest to niemożliwe.
Za bardzo uwierzyłam, że mi może się w życiu coś dobrego przytrafić... i to był błąd.

wtorek, 5 stycznia 2016

140. Podsumowanie roku 2015 + edit.

Witajcie :)

Przede wszystkim witam się już w Nowym 2016 Roku.
Mam nadzieję, że przyniesie Wam wiele dobrego.

Nowy Rok zainspirował mnie do tego, by podsumować to, co wydarzyło się w moim życiu w poprzednim - 2015.
Pierwsze cztery miesiące nie zaskoczyły mnie zbyt mocno - były to monotonne miesiące, upływające pod znakiem pracy i weekendowych spotkań z Mr.B. W maju rozpoczął się proces przełomu - tak to ładnie nazwę. Relacja zaczęła się kruszyć, aż rozpadła się całkowicie. To, co początkowo wydawało mi się czymś strasznym - okazało się drogą do wielkiej odmiany.
Poznałam K. i właśnie to - z całą odpowiedzialnością nazwę tym najlepszym, co mi się w ubiegłym roku przydarzyło. Poznałam K. i moje życie ruszyło z kopyta. Moje monotonna do tej pory egzystencja nabrała pełni niespodziewanych barw.
Drugie półrocze upłynęło mi pod znakiem rozkwitu uczucia, wycieczek i spełniania marzeń.
Zwiedziłam przepiękny Toruń - miasto, do którego chcę jeszcze wrócić. Spędziliśmy tam wspaniały weekend we dwoje.
Zwiedziłam Wrocław - od lat marzyło mi się zobaczyć tę barwną starówkę.
Zwiedziłam - znów powtórzę to słowo - Czechy - a konkretnie cudowne skalne miasta w Teplicach nad Metuji oraz Adrszpach, kończąc urlop na uroczej Pradze.
Spełniłam marzenie, które miałam od lat - zrobiłam prawo jazdy kat. B i to w pięknym stylu - który do tej pory napawa mnie dumą.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć - to był cholernie dobry rok.
Rok 2015 dał mi przede wszystkim nadzieję na tzw. lepsze jutro. Nadzieję na szczęście. Na 2016 rok mam kolejne marzenia i nadzieje. Przede wszystkim pragnę dalszego rozwoju sytuacji z K. To cudowny człowiek - bardzo rozsądny (no poza pasją do ścigaczy - co by nie było 100% idealnie;)), kochający i pomocny. Każdemu życzę takich ludzi w życiu - na których można liczyć.
Z tymi nowymi nadziejami wchodzę w ten Nowy 2016 Rok. Wierzę, że za rok będę mogła dopisać go do udanego poprzednika.
Wszystkim czytelnikom moich wypocin życzę również wszystkiego, co najlepsze - aby 2016 przyniósł Wam same obfitości oraz pozytywne doświadczenia.

Sofia Gi.

edit. Zapomniałam o bardzo bardzo ważnej rzeczy jeszcze! W 2015 roku po kilkunastu latach rzuciłam palenie!!!!!!!!!!! No przecież to jest też jeden z moich największych sukcesów!

No. Teraz to już chyba wszystko będzie :D